Rosyjski sektor naftowy znalazł się w epicentrum nowej ofensywy sankcyjnej. Republikanie w USA zapowiadają ustawę, która ma zmusić świat do odwrócenia się od rosyjskiej ropy, a prezydent Donald Trump deklaruje jej pełne poparcie. Jak wskazuje Wojciech Jakóbik z Ośrodka Bezpieczeństwa Energetycznego, skuteczność tej strategii zależy wyłącznie od determinacji Zachodu w egzekwowaniu przepisów. Sankcje, jeśli mają mieć sens, muszą być jak choroba, której nikt nie chce się narazić — rosyjska ropa ma stać się „trędowata”.
Ropa jako narzędzie presji
Nowe amerykańskie restrykcje mają objąć nie tylko Rosję, ale i kraje współpracujące z nią gospodarczo, w tym Chiny i Indie, które odpowiadają za większość zakupów rosyjskiej ropy. Uderzenie ma dotyczyć także pośredników, banków i ubezpieczycieli obsługujących handel surowcem. Jakóbik tłumaczy, że taki ruch może ograniczyć przychody Kremla oraz utrudnić funkcjonowanie alternatywnych łańcuchów dostaw, tworzonych m.in. przez Chiny i Iran. Efekt jest już widoczny – baryłka ropy Urals spadła do 36,61 dolara, a coraz więcej firm w Azji wstrzymuje grudniowe dostawy.
Derusyfikacja i wyścig z czasem
Ekspert zwraca uwagę, że „strach przed sankcjami” już wywołuje reakcję rynku. Europejskie spółki pozbywają się aktywów Łukoila, co przyspiesza proces derusyfikacji sektora energetycznego. Jednocześnie amerykański Departament Skarbu wyznaczył termin – do 21 listopada – na zakończenie wszelkich powiązań z rosyjskimi firmami paliwowymi. Firmy, które go nie dotrzymają, mogą zostać odcięte od systemu finansowego USA. Jakóbik przypomina, że logika sankcji jest prosta: muszą być stale zaostrzane, bo Rosja zawsze próbuje się dostosować i obejść ograniczenia. W tym sensie walka gospodarcza toczy się dziś w tempie, które mierzy się nie w baryłkach, lecz w determinacji.
Źródło: money.pl