Rząd chce ustalić, jak formalnie rozumieć pojęcie „polskiego przedsiębiorstwa”. Brzmi technicznie, ale stawką są miliardy złotych – bo firmy, które spełnią kryteria, mogą w przyszłości liczyć na preferencje przy przetargach publicznych. To obszar warty około 12 proc. PKB, więc nic dziwnego, że wokół pomysłu narasta polityczne i gospodarcze napięcie.
Nowy zespół i stare pytanie: co znaczy „polskie”?
W Ministerstwie Aktywów Państwowych ruszył zespół ds. udziału komponentu krajowego – tzw. local content – w kluczowych inwestycjach. Na jego czele stanął minister Wojciech Balczun, przy wsparciu ministrów finansów i gospodarki. Zespół ma określić, które sektory powinny w jak największym stopniu korzystać z krajowych zasobów i podwykonawców, a także opracować koncepcję pilotażowych projektów w branży morskiej i energetyce odnawialnej.
Jak tłumaczy Balczun, chodzi o stworzenie „silnych struktur gospodarczych”, które będą fundamentem rozwoju zarówno państwowych, jak i prywatnych firm. – Kończy się era naiwnej globalizacji. Czas na repolonizację gospodarki – przypominał wcześniej premier Donald Tusk. Tyle że zanim ruszy proces repolonizacji, trzeba odpowiedzieć na podstawowe pytanie: co to znaczy, że firma jest polska?
Definicja, która zdecyduje o miliardach
Największym wyzwaniem dla zespołu będzie właśnie wypracowanie tej definicji. Czy „komponent krajowy” to wyłącznie przedsiębiorstwa z polskim kapitałem, czy również fabryki zagranicznych koncernów produkujące w Polsce? Co z firmami zarejestrowanymi w rajach podatkowych lub spółkami joint venture? – To może być dyskusja przypadek po przypadku – przyznaje Andrzej Kubisiak z Polskiego Instytutu Ekonomicznego.
Niepewność definicyjna nie zmienia faktu, że kierunek zmian jest jasny. Rząd chce wzmocnić udział polskich firm w inwestycjach finansowanych ze środków publicznych, zwłaszcza w strategicznych sektorach jak energetyka, zbrojeniówka czy infrastruktura. To nie jest polski wynalazek – wiele krajów UE stosuje podobne rozwiązania, preferując rodzimych dostawców w przetargach.
Gra o duży tort i stabilność gospodarki
Według ekspertów, mechanizm local content może ustabilizować cykle inwestycyjne i zapewnić firmom długofalowy popyt, niezależny od tempa wydatkowania funduszy unijnych. W ubiegłym roku zamówienia publiczne odpowiadały za 12 proc. PKB – to potężny strumień pieniędzy, który może albo wypływać za granicę, albo napędzać polskie przedsiębiorstwa.
Rząd widzi w tym szansę na stworzenie „polskiego łańcucha wartości” – od dostawców po wykonawców dużych projektów, takich jak energetyka jądrowa czy morskie farmy wiatrowe. Według raportu Polskiego Instytutu Ekonomicznego, krajowe firmy mogłyby zrealizować nawet 40 proc. prac przy budowie pierwszej elektrowni jądrowej w Polsce.
Jeśli więc plan Balczuna się powiedzie, repolonizacja nie będzie już tylko hasłem politycznym, lecz realnym mechanizmem gospodarczym. Ale zanim to nastąpi, trzeba spisać coś, co w Polsce zawsze budziło kontrowersje – definicję „naszego”. A to, jak wiadomo, bywa znacznie trudniejsze niż sama budowa elektrowni.
Źródło: money.pl