Z miesiąca na miesiąc portfele Polaków kurczą się coraz wolniej, choć nadal nie odpoczywają. W kwietniu ceny artykułów codziennego użytku wzrosły o 5,6 proc. w porównaniu z rokiem ubiegłym. To sporo, ale mniej niż w marcu, gdy skok sięgnął 6,7 proc. Co ciekawe, nie zawdzięczamy tego poprawie sytuacji gospodarczej, lecz… sile promocji.
Eksperci tłumaczą, że handlowcy — szczególnie przed świętami — zasypali klientów rabatami i zniżkami. Tylko dzięki temu wzrost cen nie był bardziej dotkliwy. Obniżki przyciągnęły konsumentów, choć nie uratowały ich przed kolejnym podwyższonym rachunkiem przy kasie. To zaledwie złagodzenie, a nie poprawa.
Co drożeje najmocniej? Znowu to samo
Choć wzrost ogólny nieco wyhamował, niektóre kategorie ciągle biją rekordy. W kwietniu najmocniej poszły w górę ceny tłuszczów (o 14,8 proc.) i owoców (o 12,4 proc.). Wzrosty te wynikają z ograniczonej dostępności i coraz droższego procesu produkcji.
Rosnące ceny energii, pracy, transportu i czynszów sprawiają, że nawet najlepsze promocje mają swoje granice. Sklepy balansują na cienkiej linie — z jednej strony walczą o klienta, z drugiej próbują utrzymać zysk. W efekcie te kategorie produktów, które trudno przecenić bez strat, nadal będą drożeć.
Czy mamy się czym pocieszać?
Analitycy prognozują, że dalsze miesiące mogą przynieść jeszcze wolniejszy wzrost cen, być może nawet w granicach 4–4,5 proc. rok do roku. To jednak tylko statystyka — realna wartość koszyka zakupowego nadal pozostanie wysoka.
Nie oznacza to też, że ceny będą spadać. Drogo jest i będzie, tylko tempo wzrostu może być mniej bolesne. A wszystko to pod warunkiem, że sklepy utrzymają akcje promocyjne, na co niekoniecznie mogą sobie długo pozwolić.
Dla klientów oznacza to jedno: promocje warto śledzić uważnie, ale nie łudzić się, że wracamy do dawnych cen. Te czasy raczej nie wrócą — a jeśli już, to nieprędko.
Źródło: o2.pl