Polski rynek ziemniaka znalazł się w punkcie, w którym liczby przestają być tylko statystyką, a zaczynają oznaczać bardzo konkretny problem finansowy. W magazynach producentów może zalegać od 700 tys. do nawet 1 mln ton niesprzedanego towaru, a wraz z kolejnymi tygodniami rośnie presja na gospodarstwa, które coraz częściej zmagają się z zatorami płatniczymi i utratą płynności. To już nie jest chwilowe zachwianie rynku, lecz kryzys nadpodaży, który uderza w podstawy opłacalności produkcji.
Rekordowe zbiory i import tworzą mieszankę, która dusi ceny
Skala problemu wynika z kilku nałożonych na siebie zjawisk. Z jednej strony wzrosły krajowe zbiory — według resortu rolnictwa sięgnęły około 7 mln ton, czyli o 18,4 proc. więcej niż rok wcześniej. Z drugiej strony rynek dodatkowo obciąża napływ ziemniaków z państw Unii Europejskiej, głównie z Niemiec, Holandii i Belgii. Branża podkreśla, że nadpodaż ma dziś wymiar europejski, a więc problem nie kończy się na granicy.
Sytuację zaostrzyła również upadłość dużej przetwórni w Beneluksie. To właśnie tam, według przedstawicieli branży, nie udało się zagospodarować około 2 mln ton ziemniaków, co zwiększyło presję na rynki Europy Środkowo-Wschodniej. W efekcie polski producent trafia na rynek przeładowany towarem, na którym popyt nie nadąża za podażą, a ceny zaczynają osuwać się do poziomów trudnych do zaakceptowania.
Skup tanieje, a gospodarstwa tracą grunt pod nogami
W drugim tygodniu marca średnia cena skupu wynosiła 1,04 zł za kilogram. To aż o 71,5 proc. mniej niż rok wcześniej. Przy takich stawkach wielu gospodarstwom coraz trudniej domknąć podstawowe koszty produkcji, transportu i przechowywania. Problem nie sprowadza się więc do tego, że ziemniaki „schodzą wolniej”. Chodzi o to, że przestają się spinać ekonomicznie.
Do tego dochodzą opóźnienia w płatnościach oraz napięcia w relacjach z handlem. Rolnicy wskazują, że sieci detaliczne, korzystając z przewagi kontraktowej, renegocjują warunki albo wycofują się z wcześniejszych ustaleń, przerzucając rynkowe ryzyko na producentów. W tle pozostają także przepisy dotyczące tzw. ziemniaków wczesnych, które — zdaniem branży — tworzą przestrzeń do obchodzenia kontraktów i dalszego nacisku cenowego. Tu właśnie zaczyna się najbardziej przyziemny wymiar całej sprawy: magazyn pełen towaru nie daje bezpieczeństwa, gdy nie ma komu go sprzedać.
Branża szuka ujścia dla nadwyżek, ale prostych rozwiązań nie widać
Przedstawiciele sektora mówią o potrzebie szybkiego działania, najlepiej jeszcze przed końcem maja, bo wtedy na rynek trafią kolejne polskie, wczesne odmiany ziemniaków. Wśród proponowanych rozwiązań pojawiają się skup przez zakłady skrobiowe, przerób na bioetanol, mąkę ziemniaczaną albo folię termoplastyczną, a także dopłaty do hektara. Kierunek wydaje się logiczny — nadwyżkę trzeba gdzieś zagospodarować, skoro rynek spożywczy jej nie wchłania.
Problem polega na tym, że również zakłady skrobiowe mają własne ograniczenia, bo zmagają się z nadmiarem mąki skrobiowej, a gorzelnie potrzebują gwarancji odbioru spirytusu na cele paliwowe. Rolnicy liczą więc nie na symboliczne gesty, lecz na decyzje, które pozwolą im przetrwać najbliższe tygodnie. W przeciwnym razie ziemniak, jeden z najbardziej zwyczajnych produktów polskiego rolnictwa, stanie się dla wielu gospodarstw towarem, który zamiast dawać dochód, zacznie prowadzić je w stronę upadłości.
Źródło: businessinsider.com.pl