Na rynku rolnym sytuacja wygląda coraz gorzej – rolnikom nie opłaca się zbierać plonów, a ceny w skupie spadają do poziomów, które nie pokrywają nawet kosztów produkcji. Tymczasem sklepy utrzymują wysokie marże, a konsumenci nie widzą różnicy na półkach. Skąd ten paradoks? O wyjaśnienie zapytaliśmy prof. Benedykta Peplińskiego z Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu, który w rozmowie z nami nie ukrywał, że to nie jest zwykły kryzys koniunkturalny – to systemowy problem rolnictwa.
Ceny spadają, pola pełne plonów
Ziemniaki, które rok temu kosztowały 1,20 zł za kilogram, dziś potrafią być skupowane po 5 groszy. Podobnie wygląda sytuacja z papryką, śliwkami czy zbożem. Pszenica konsumpcyjna kosztuje około 700 zł za tonę, a kukurydza – zaledwie 400 zł. Powód? Nadprodukcja i malejący popyt. – Mamy do czynienia z klasyczną klęską urodzaju. Podaż jest ogromna, a konsumpcja maleje, zwłaszcza że produkcja zwierzęca spada – wyjaśnia prof. Pepliński.
Na sytuację wpływają też decyzje rządów innych państw Unii. W krajach, gdzie rolnicy nie mogą zostawić plonów na polu, produkty trafiają na eksport – często po dumpingowych cenach. – Papryka z Niemiec i Holandii była tańsza niż nasza, bo tam rolnik musiał zebrać, żeby nie stracić dopłat – dodaje ekspert.
Tania ropa, tanie zboże, drogie błędy
Drugim czynnikiem, który zdaniem profesora wpływa na sytuację, są globalne powiązania między rynkiem ropy a produkcją biopaliw. – Kiedy ropa tanieje, spada opłacalność przerobu zboża na biopaliwa. W efekcie ziarno, które miało trafić do przetwórstwa, zostaje na rynku i obniża ceny – tłumaczy Pepliński. Obecnie baryłka ropy kosztuje około 60 dolarów, czyli najmniej od pięciu lat.
Ekspert zwraca też uwagę na geopolityczne motywy – jego zdaniem utrzymywanie niskich cen zbóż może być elementem gry mającej ograniczyć zyski z eksportu rosyjskiego zboża. To przykład, jak globalne decyzje polityczne potrafią uderzyć w lokalnych producentów, którzy nie mają żadnych narzędzi, by się bronić.
Czytaj także: Najlepsi polscy zawodnicy w tenisa ziemnego
Sieci handlowe dyktują warunki, rolnik płaci rachunek
Na końcu łańcucha zostaje rolnik – bez wpływu na ceny, zależny od pośredników i koncernów. Większość przemysłu rolno-spożywczego i sieci handlowych w Polsce należy do zagranicznych firm, które w sytuacjach kryzysowych chętniej sięgają po surowce z własnych krajów. – To naturalny odruch lojalności narodowej. Niemieckie sieci wolą kupić niemieckie ziemniaki niż polskie. I dlatego nasz rolnik zostaje z towarem na polu – mówi profesor.
Jego zdaniem przyszłość polskiego rolnictwa zależy od długofalowego myślenia i tworzenia silnych, polskich marek spożywczych, które potrafiłyby konkurować nie tylko jakością, ale też zasięgiem. – Dziś eksportujemy żywność za rekordowe 53,5 mld euro, ale zyski nie zostają w kraju. Bez własnych marek i przetwórstwa będziemy tylko dostawcą taniego surowca. A tanio sprzedający – nigdy nie wygra – podsumowuje prof. Benedykt Pepliński.
Źródło: farmer.pl