Ormuz uderza w linie lotnicze. Inwestorzy uciekają od branży paliwożernej

Poniedziałkowy handel przyniósł wyraźne tąpnięcie w sektorze lotniczym i turystycznym, bo rynek bardzo szybko policzył to, co w takich sytuacjach liczy najchętniej — koszt paliwa, ryzyko zakłóceń i perspektywę słabszych wyników. Zapowiedź amerykańskiej blokady w rejonie cieśniny Ormuz wywołała nerwową reakcję inwestorów, a akcje przewoźników znalazły się wśród najmocniej przecenianych walorów dnia.

Linie lotnicze w centrum wyprzedaży

Na otwarciu europejskich rynków główne indeksy traciły około 1 proc., jednak branża turystyczna oberwała mocniej. Największą słabość pokazały linie lotnicze, które dla inwestorów pozostają dziś jednym z najbardziej wrażliwych segmentów rynku. Wizz Air spadł w poniedziałek o blisko 8 proc., a od początku roku przecena akcji tej spółki sięga już około 30 proc. EasyJet tracił ponad 4 proc., TUI około 3,5 proc., Lufthansa 4,5 proc., a IAG — właściciel British Airways i Iberii — około 3 proc.

Skala tych ruchów pokazuje rzecz dość oczywistą, choć rynek lubi ją odkrywać od nowa przy każdym kryzysie — przewoźnicy funkcjonują w modelu, w którym koszt paliwa bardzo szybko przechodzi z tabel Excela do realnego problemu operacyjnego. Gdy rośnie niepewność wokół dostaw ropy, inwestorzy nie czekają na kwartalne raporty. Sprzedają wcześniej.

Paliwo staje się problemem większym niż sama wojna

Cieśnina Ormuz pozostaje kluczowym punktem dla światowego handlu ropą, więc każda groźba blokady uruchamia obawy o dostępność surowca i wzrost cen. W tym przypadku chodzi już nie tylko o samą ropę, lecz także o paliwo lotnicze, którego ewentualne niedobory mogłyby uderzyć w europejskie lotniska w ciągu najbliższych tygodni. To oznaczałoby odwołane połączenia, wyższe ceny biletów i jeszcze większą presję na marże przewoźników.

Wizz Air zdążył już wcześniej zasygnalizować skalę problemu. Spółka zapowiedziała w marcu stratę na poziomie 50 mln euro, wskazując na wojnę, wyższe koszty energii i zakłócenia w podróżach. Linia zawiesiła też loty do Dubaju, Abu Zabi, Ammanu i Dżuddy do września. To już nie jest wyłącznie reakcja giełdy na polityczny komunikat — to obraz branży, która zaczyna płacić za napięcie z bardzo konkretnego rachunku.

Ropa drożeje, a rynek szykuje się na dalsze turbulencje

W tym samym czasie kontrakty na ropę Brent rosły o ponad 7,5 proc., a cena baryłki znów przekroczyła 100 dolarów. Taki ruch sam w sobie działa na wyobraźnię, bo dla linii lotniczych oznacza prosty mechanizm: droższe operacje, trudniejsze planowanie i konieczność szukania rekompensaty w cenach usług. W Stanach Zjednoczonych jeszcze przed sesją spadały także akcje United Airlines, Delty i American Airlines — po 2–3 proc.

Bezpośrednim impulsem dla rynku były deklaracje Donalda Trumpa, który zapowiedział rozpoczęcie blokady statków próbujących wpłynąć do cieśniny Ormuz lub ją opuścić, a następnie doprecyzował, że od poniedziałkowego popołudnia USA rozpoczną blokadę jednostek kierujących się do irańskich portów lub je opuszczających. Rozmowy pokojowe po weekendowym spotkaniu przywódców Iranu i USA utknęły, a inwestorzy potraktowali to jak sygnał, że okres względnego oddechu właśnie się kończy. Na takim rynku sentyment zmienia się błyskawicznie — i zwykle najpierw widać to na wykresach linii lotniczych.